UWAGA - nowe oszustwo na "służby specjalne"

Ostatnimi czasy do przedsiębiorców i osób prywatnych zaczęły trafiać oferty mające uspokoić ich fobie. Dziś na każdym kroku każdy widzi szpiegów i agentów, a taki rynek tworzy podaż usług żerujących na ludzkiej naiwności.

Za kilka tysięcy zł niektórzy emerytowani policjanci i również dzisiejsi prywatni detektywi oferują prześwietlenie dowolnej osoby i ustalenie jej powiązań ze służbami specjalnymi... Cóż... Trzeba otworzyć wszystkim oczy - absolutnie nie jest to możliwe, a promocja (zazwyczaj w konspiracyjnej atmosferze) takich usług to nic innego jak bardziej zaawansowana metoda oszustwa na wnuczka. Z tym, że zamiast starszych ludzi korzysta z naiwności klasy średniej, w tym w szczególności obawiających się własnego cienia przedsiębiorców. Jeśli otrzymasz więc taką ofertę lub przeczytasz np. w gazecie, że ktoś kogoś prześwietlił, to śmiało i bez wahania zaśmiej się temu komuś prosto w nos. Dlaczego? Otóż, fakt pełnienia służby w służbach specjalnych podlega ochronie prawnej. To nie spółka skarbu państwa w której każdy może zapytać kto jest szefem składzika szczotek. Co więcej, dostęp do szczegółowych informacji o wielu osobach realizujących przeróżne czynności na rzecz wywiadu i kontrwywiadu cywilnego lub wojskowego, a już w szczególności o nielegałach (ulokowanych za granicą i pod legendą legalnej działalności szpiegach) i oficerach operacyjnych, ma jedynie kilkanaście osób w kraju. Czy naprawdę do tego wąskiego grona zazwyczaj generałów zalicza się człowiek z ulicy gwarantujący, że on kogoś prześwietlił? Bez żartów.

A to nie koniec trudności. Otóż, powiązania osoby z daną służbą mogą wynikać z kilku rożnych statusów. Kim innym jest funkcjonariusz/żołnierz służby, a kim innym jej konsultant (ekspert danej dziedziny, osoba związana z danym środowiskiem etc.), agent (osoba niebędąca funkcjonariuszem ale wykonująca na rzecz służby określone zadania), informator (osoba biernie lub aktywnie pozyskująca informację o innych osobach, środowiskach, zjawiskach etc.) itp. Nawet szef danej służby nie będzie więc w stanie znać wszystkich tych osób, a już na pewno nie będzie on sam sabotował własnej "firmy" i narażał siebie samego na kompromitację, ostracyzm i wyrok. W tym miejscu komplikacje narastają w tempie geometrycznym. Otóż... tych służb jest w Polsce kilka - były WSI i UOP, są ABW, AW, SWW, SKW i CBA. To środowiska wojskowe i cywilne, dość hermetyczne i nieskore do zwierzania się prywatnym detektywom czy policjantom. Jak więc z perspektywy np. Szczecina czy Warszawy ktoś mógłby z całą pewnością ustalić, czy mieszkaniec Rzeszowa lub Krakowa ma lub miał jakiś związek z którąś z polskich służb specjalnych? Czy konsultował np. obieg pieniądza w procesie realizacji wielkiej afery gospodarczej lub prania brudnych pieniędzy? Czy przekazywał z narażeniem życia informacje ze środowiska przestępczego w którym przypadkiem lub celowo się znalazł? Czy został dekadę temu zwerbowany do roli oficera operacyjnego i taką właśnie rolę pełni wśród szemranych biznesmenów, pseudodziałaczy społecznych lub dyplomatów powiązanych z niemieckimi bądź rosyjskimi służbami?

Otóż to, nie można tego się dowiedzieć. Jest to niewykonalne. Wywiad nie spowiada się byle krawężnikowi czy nawet kryminalnemu ze swoich tajemnic, licencja prywatnego detektywa również nie otworzy tych szczelnie zamkniętych drzwi, a więc próba wmówienia komuś, że takie prześwietlenie kogokolwiek jest możliwe to ordynarne oszustwo lub próba pomówienia. NIE DAJ SIĘ NA TO NABRAĆ!!! Były policjant może za pomocą czynnego kolegi wrzucić czyjeś dane na "bęben", czyli sprawdzić pesel i adres zameldowania wybranej osoby oraz sprawy karne z nią związane - popełniając tym samym przestępstwo, ale nigdy nie ustali w ten sposób żadnych głębszych powiązań. Jest na to po prostu "za krótki".

Na koniec kluczowa informacja - ujawnienie przez kogokolwiek, czy to byłego policjanta, czy też obecnego prywatnego detektywa, cudzej zachowywanej w tajemnicy przeszłości w służbach specjalnych to poważne przestępstwo. Przy rekrutacji na samym początku podpisać należy oświadczenie o zachowaniu w tajemnicy wszelkich informacji na temat tego, co będzie się działo od tego momentu... Nawet to, czy ktoś został przyjęty do służby czy też odrzucony powinno pozostać tylko między kandydatem a służbą. Poza tym, za wyjątkiem powszechnie znanych generałów, rzeczników prasowych i członków kierownictwa danej służby, osób ujawnionych w wyniku działań mediów (np. słynny Agent Tomek) lub wrogich służb wywiadowczych (np. Marian Zacharski) oraz wartowników jedynie pilnujących bramy wjazdowej do delegatury nikt dobrowolnie nie mówi o tym, że był w "firmie". Natomiast jeśli ktoś pełniąc służbę robił coś bardzo ważnego, a więc w szczególności realizował czynności operacyjno-rozpoznawcze, dokonywał analiz dokumentów przekładających się na realne działania konfrontacyjne, operacje wojskowe lub dwucyfrowe wyroki skazujące, albo realizował działania poza terytorium Rzeczypospolitej, to bez względu na przepisy, groźby i prośby, a nawet stosowanie przemocy nie przyzna się do tego elementu życiorysu. Wie, że cena jaką mógłby za to zapłacić jest zbyt wysoka.

Będzie więc twierdził, że był przedsiębiorcą, handlowcem, dziennikarzem... ale na pewno nie oficerem. Ujawnienie takiego faktu to zbrodnia narażenia funkcjonariusza/żołnierza i jego całej rodziny na śmiertelne niebezpieczeństwo. Dlatego po ulicach spaceruje cała rzesza jedynie pseudo-poinformowanych - szukających łatwowiernej i żądnej sensacji ofiary. Nawet jeśli znają oni kogoś w służbach (bo nie wierzę, że byłby do tego zdolny człowiek z wewnątrz) to mogą tę osobę jedynie zapytać o "Jana Kowalskiego", a jeśli rozmówca faktycznie kojarzy kolegę z Emowa lub Kiejkut, to z całą pewnością powie, że nigdy o nim nie słyszał. Ewentualnie po konsultacji z głównym zainteresowanym odpowiednio go zalegenduje jako gangstera, naiwniaka lub zdolnego biznesmena, ale prawdy sam na pewno nie zdradzi. Taka informacja nie jest więc warta złamanego grosza. Dlatego pamiętać należy - oferta prześwietlania ludzi pod kątem ich przeszłości w służbach specjalnych oznacza, że jej nadawcą jest bajkopisarz albo złodziej. Od tej reguły nie ma wyjątków.


Kazimierz Turaliński